|
Salon Pomarańczowy
W Salonie Pomarańczowym prezentujemy poetów wyróżnionych przez redakcję portalu.
Salon
Pokój, w którym znajdują się wiersze nadesłane przez internautów.
Na skróty
Tadeusz Borowski - ur. 12 XI 1922 w Żytomierzu, zm. 3 VII 1951 w Warszawie, prozaik, poeta i publicysta. Autor katastroficznego poematu Gdziekolwiek ziemia..., tomiku wierszy Imiona nurtu, zbiorów opowiadań Pożegnanie z Marią, Kamienny świat. więcej »
|
Nie pasujemy do siebie
Kiedy wchodzisz w moje myśliWtem powstaje mroźny przeciąg Drzwi aż się zamykają same Klamka zapada no i amen Mówisz głosem aksamitnym Ściągasz rękawice, szalik "Tak gorąco masz w tych myślach Pozwól, że rozbiorę się do naga" Wciąż się wznoszą, opadają Piersi twoje, z lekka blade "Więc co robimy dziś, maleńki" ...Mi w przełyku stanął kamień Więc tak zbliżam się gorący By wejść gładko w twoje myśli Lecz te zaś dziwnym biją chłodem Gdzieś między grzechem, a Bogiem Wzdrygnąwszy się, odsuwam Rozsiadam się na przeciw ciebie Rozkładam ręce, głową kręcę Bo dziś nie pasujemy do siebie (może jutro?) Gwiazdka u Pana Boga
Cześć! Tu ja, BógChcę powiedzieć, że Od dziś już nie ten sam... Świat ciągle idzie w przód A ja tu sam w Prehistorii I to zarzucili mi aniołowie A było ich dwóch, rozmawiali Pierwszy mówił o Świętach Mego Narodzenia I śmiał się z autek sterowanych pod choinką Drugi wołał z radości Jadąc sankami z płynnych zboczy Głębin śniegowych puchów A trzeci, jedyny zraniony... Przyszedł do mnie za wcześnie Gdy nie byłem jeszcze gotowy - Mówił w gorączce, że na Ziemi Rodzice odcięli mu skrzydła W piątym miesiącu podróży... Łezka dla Edwarda Stachury
Jedzie pociąg do Ziemii ObiecanejNa moment głowę wychylasz Ponad ciernistą krwi doliną Chyba z oczu kapała ci łza "Czy może jednak zostać tu jeszcze? Tu gdzie wszystko naraz niszczeje Ale nie, już nie, dziś będę szczęśliwy!" Wspomnienie
Słuchając poezji na łonie RybowiczaŻe już nie będziemy kochać jak wtedy Mam przed oczyma Przyszową sprzed roku I jej anielski parasol... Jak droga przed nami biegła sypiąc kwiaty Jak krzyże przydrożne mirrą nam pachniały Jak mówiłaś "ze mną można pogadać poważnie" A ja swoją dłoń ci podsuwałem... Nie było nagłych zachodów słońca Nie płakało skryte we wzgórz załomach Nie musiało szukać drugiej połowy nieba A księżyc był mu sprzymierzeńcem Chociaż raz Chociaż wtedy Gdy po cichu, kochałem Jeśli dożyję starości
Czy dożyję starościGdzie siwa gitara Emerytka mahoniowa W swoim kącie będzie stała Upita setką piosenek Z antycznej biblioteczki Łypać będą tomiki mistrzów Siwymi, szytymi grzbietami Za okno na kolędników Śmierć niosących naturalną Jeśli dożyję starości To znaczy starego zdjęcia twego Stojącego w ramce na komodzie Przy łóżku - mojej trzeciej nodze Jedynej sprawnej w pełni Czarnobiały uśmiech Wyblakły i brudny Ale piękny Tylko w pamięci Bo i ty przede mną zgaśniesz I wtedy śmierć mi będzie Naturalną - moja ukochana Dotąd niepoznana, Donna Bella Poetom Niedocenionym
I może nikt myśli zrozumieć nie zdołaPojąć wiatru, bądź nie usłyszeć go Takowy zaklina dla ucha nieodpowiedniego Ciągle tak samo i nudnawy bywa I może dziękować nikt nie racze Za krzyk milczenia aury obłędu Co poetę spętał tak słodkim jarzmem I dumnie nazwał je wrażliwym Cichym i wrażliwym na wskroś obłędnym Szemrzący Izrael serca kojony słowami i ciszą A póki milczenie istnieć będzie dla ukojenia Póty noc ciemną zostanie, by koić Jeszcze bardziej Zatuszowany cud
Wiele cudów już spotkałem na tym świecieNa wiele oko padło, przedrążyło do końca Lecz danego, który opisać zechciałem Jeszcze żaden zmysł dotkliwie nie poczuł Choć na polach i drogach, wszędzie pełno Cudu nad cudy tak rzadkiego, że powszechnego Ulicami kroczy bezszelestnym obsacem Stuka o bruk razem z cienia chłodem No i tak nieziemsko pełno cudu A nikt nań nie podniesie oczu Może lokaj od karety, co wjeżdża do bramy Coś tam mruknie, że cud płynie Może pewien miejski ogrodnik zauważy Motorniczy też usłyszy w zgrzycie pustki Tramwajowych wagonów I jakiś chłopiec z workiem puszek na barkach A gdy babka wykrząta się z sieni Zauważy jak wisi na brzozowej żerdzi Głową w dół nad chłodnym trawnikiem Biznesmenowi przeniknie mankiet A i ten pewnie nie zauważy cudu Dopiero, gdy stażak po akcji zmęczony Do pustego domu wróci wieczorem Powie o cudzie, że był tym pierwszym Któremu ów samotność nóż w plecy wbiła Modlitwa w pustej ciemności
Spytałem się Ciebie ostatnio, ile mi jeszcze łez wylać jest pisanePytałem, jak prosić, by prośby moje zostały wysłuchane Dałeś mi książkę białą, kiedy stałem przy tej półce drewnianej Na niej Ty w cierni koronie, od łez to od krwi twarzy zapłakanej Otwarłem te stronnice i ciężkie były jak Twoja głowa A kartki jak ołowiane sztaby na których trudne słowa Splątane w Twoje włosy i cierni gałązki obolałe Mówisz, że cierpisz od narodzin Mówisz, że cierpiałeś gdy płakałem Lecz ja płaczę dalej... Lecz ja płaczę dalej... I w ciemność me łzy płyną Gdzie nie było Cię i nie ma Nie było twojej stopy W ciemności, jaką jest życie Moje Mówiłeś jak cierpisz w mroku Jak wąż podpełza pod agonię Jak ja w tego węża wcielam Samotności moją zbrodnię... I milczysz tak zawzięcie Uparcie w Ciszy wklęty Czy zamknięty? Stronnice zmatowiały od szarości słów zmartwiałych Może we mnie i ode mnie win miłości zbyt małych Może Ty wspominasz świata brzemię drewniane Gdy przez Boga nawet Twoje imię było zapomniane... W moim sercu martwy Jezu Smutne tramwaje
Dziś jestem wpatrzonyW smutne twarze tramwajów Pustawe z lekka Choć w świetle bladych wagonów Ścieli się gęsto pasażer Przezroczysta dłoń jego Kurczowo trzyma swoje jestestwo Trzyma serce winne/niewinne Sztucznie puste od wspomnień Po palcach krew dymi Zadymiony już grunt pod nogami Światła reflektorów tramwaju Świecą... Oświetlają prawdy trup Najgęściej ze wszystkich cnót I wartości Ścielący się trup |
Reklama
|