|
Salon Pomarańczowy
W Salonie Pomarańczowym prezentujemy poetów wyróżnionych przez redakcję portalu.
Salon
Pokój, w którym znajdują się wiersze nadesłane przez internautów.
Na skróty
Tadeusz Borowski - ur. 12 XI 1922 w Żytomierzu, zm. 3 VII 1951 w Warszawie, prozaik, poeta i publicysta. Autor katastroficznego poematu Gdziekolwiek ziemia..., tomiku wierszy Imiona nurtu, zbiorów opowiadań Pożegnanie z Marią, Kamienny świat. więcej »
|
Czym się kończą sny
Czym się kończą sny?Rozczarowaniem, bo karmią tylko goryczą Gdyż miałem nadzieję, która mnie oczerniała Marzenie? To więzienie z lodowatą pryczą To róża, która przecież nigdy mnie nie chciała ----------------- Po co piszę wiersze? Co to za ciuciubabka Na co ona jest? Ja nie czuję się poetą... Ja pisałem dla niej i... jestem odrzucony w podziemnym labiryncie, kuzyn czarnym kretom O to co spada w zamian na moje ramiony: Śmierć, ból, odrzucenie Za to, że miałem sen że miałem sen o pięknej dziewczynie... O to czym się kończą sny... --------------------------------------------------------------------------------------- --------------------------------------------------------------------------------------- --------------------------------------------------------------------------------------- Nie chcę już żyć! Śmierć
1Śmierć mogłaby być w mojej sytuacji ukojeniem Zaczynam zwierzenie takim wystąpieniem Gdyż wszelkie moje drogi się załamały Skończone na wieki są nierozpoczęte karnawały Umarło we mnie to co rządziło przeszłością Pustka zastąpiła je chwaląc się swą dojrzałością Krajobraz marzeń został nią wybielony Pustko, zrzucasz na mnie bólu dwie tony Powinienem rozpocząć życie od nowa Ale rezygnacji zapadła na mnie osnowa Po co kolejny raz stawać mam do boju Kiedy i tak zmiecie mnie wróg z siłą oboju? Podboju nie dokonam skutecznie Wszelkie próby podejmuję zbytecznie Śmierć to sen, tylko trwa wiecznie Niczego się nie boję, to nie będzie niebezpiecznie Ona da mi pocałunek, którego wcześniej nigdy nie zaznałem Przyjmie mnie z pistoletu strzałem Położę się z nią i się obejmiemy Na inne rozwiązanie uczyniono mnie niemym 2 Rzeczywistość moje marzenia bezustannie bezcześci Tylko śmierć uwolni mnie od boleści Nie boję się, bo nie mogę nic stracić Już i tak nie zdołam duszy swej wzbogacić Wszystko, czego się podjąłem - umarło Zamieniło w dla hien i sępów żarło Moje teksty nigdy nie wyjdą po za szufladę Zebrałem swoje myśli na naradę Wynalazły idealne dla mnie rozwiązanie Głośniejsze jest niż życia błaganie Szepczą mi do ucha jednogłośnie: " Śmierć!" 3 Pozostaje mi umrzeć albo trwać w goryczy W tym stanie jestem uwięziony jak na smyczy Duszę się, oddechu zaczerpnąć nie mogę Urwano mi drzewa przyszłości odnogę ------------------------------------------------- nie płaczcie za mną jak pójdę do piekła żarty robi sobie ze mnie rzeczywistość zaciekła nie wiem czy posiadam prawidłowe odczucia ale aby przeżyć takie mam przeczucia muszę zbudować mur między mną a światem gdyż widok na niego jest fałszywym numizmatem rani mnie to, ale ni nie poradzę mur powstanie między nami... ... chyba, iż śmierć przeważy nad życiem na Anubisa wadze... Płomyk
Byłem odrzucony i życzyłem sobie zakończyć życieZnalazłem się w przerażającym niebycie Wybudowałem mur między mną a ludzkością Każde wspomnienie stawało się przykrością Straciłem chęci do życia Pragnąłem zanurzyć się w trumienne poszycia Zza mojego muru czułem się bezpiecznie Ale nie mogłem trwać tak wiecznie I choć ciało i umysł zdrowe, to moja dusza umierała Jątrzyła się w niej rana rozbolała Straciłem wzrok, bo ciemne wieko trumny mnie przykryło To był już koniec... ... gdy coś nagle zaiskrzyło To płomień nadziei który mi zostawiłaś Świeczka, którą mnie od rozpaczy wybawiłaś Teraz zabłądzić już nie mogę Bo płomyk nie zagaśnie i oświetla mi drogę I choć rozstać się musimy To nie umrę już od chłodu tej zimy Wrócę z czasem do szarego życia codziennego Lecz nigdy nie wyrzucę płomyka z pamięci jak dnia sennego Twoja dobroć będzie pięknym wspomnieniem Dla mnie, który przy Aniele jestem cieniem. Nie chcę już żyć...
Tyle się staram, lecz wszystko idzie na marneW głowie pozostają mi już tylko myśli czarne Nie mogę widzieć radości, bo jej nie zaznaję Los wyprowadza mnie na wytrzymałości skraje Moje marzenie nigdy się nie spełni Pozostaje mi tylko samotność w księżyca pełni Ale ja już tak dłużej żyć nie mogę Inaczej wyobrażałem sobie przez życie drogę Dlaczego to jednak mnie pustka dotyka? A to co piękne gdzieś obok przemyka? Ucieka ode mnie jakbym był potworem Samego zła i okropieństwa wytworem Nigdy nie uda mi się zatrzymać tego co piękne Z każdym dniem wykrwawiam się i bardziej mięknę Nie potrafię już żyć Nie mam gdzie się skryć Wszystko czego się podjąłem by wzbudzić jej uznanie Poszło w niebyt przy tym bałaganie Nie potrafię już się uczyć, pływać, ćwiczyć Capoeire Pisać, żyć, to odeszło w niebytu sferę Starałem się i co z tego wyszło Dlaczego to mnie tak żyć przyszło? Chciałem być silny, a dla niej jestem świrem Nikt po mnie nie okryje się kirem Tak już dłużej żyć nie można, nie mogę tego kryć Ja nie chcę już dłużej żyć! ... bo jeśli tak ma wyglądać moje życie... ... to nie chcę już żyć! Niech pokryje mnie ziemia i trawy poszycie Bo po co mam ciągnąć dalej moje koszmary To co mnie spotyka, za jakie kary? Nie znam jej, bo poznać nie miałem śmiałości Ale czy to odbiera coś z moich uczuć prawdziwości? Dlaczego to ja muszę być Werterem Gustawem Kordianem Wokulskim i Bóg wie kim jeszcze? Dlaczego to ja wewnątrz duszy wrzeszczę? Czy nie mogę być normalny tak jak inni ludzie? Czy zawsze będę musiał żyć w ułudzie? Bo jeśli tak ma być, to nie chcę już żyć! Jestem ponurakiem, ale z czego mam się cieszyć? Czy mam się całkowicie ośmieszyć? Przecież... mogę się zmienić, gdzieś jeszcze żyje moja iskierka Wiem, że jestem brzydki, a twarz moja jak ścierka Mógłbym tańczyć, śmiać się i balować Gdybym mógł tę samotność w niebyt schować Staram się, nie jestem chyba złym człowiekiem Przeżywam wszystko z ogromnym w sercu wypiekiem Moja nadzieja się załamała, samo pasmo niepowodzeń Nie mam już sił do kolejnych ducha odrodzeń Bo po co to wszystko, jeżeli tak ma być zawsze? Co to za życie, wolałbym lepsze i ciekawsze Nie chcę już tak dłużej żyć Nie chcę już żyć! Błądziłem w ciemności, gdy twój płomyk oświetlił mi drogę Ale teraz znowu rzucają na mnie trwogę Mówią, że ten prezent nie od Ciebie, ale jaw to nigdy nie uwierzę Zawsze gdy na niego patrzę, to wszystkie bóle w duszy uśmierzę To największy dar jakikolwiek dostałem Na zawsze w swoim sercu wspomnienie zatrzymałem Gdybyś wiedziała ile radości i szczęścia mi to sprawiło Chyba nikomu na świecie się nie śniło Mała rzecz, a dla mnie cenniejsza nad życie Bo czym jest życie w czarnym kolorycie? Nie chcę zadręczać ludźmi moimi problemami Dlatego piszę teksty, choć nie są one poemami Nie potrzebuję już nauki, na co ona mi posłuży Ja jestem ciągle w po dolinie rozpaczy podróży Co mi z tego, że będę studiował i będę poważany Na co mi to wszystko, czy uleczy to moje rany? To wszystko jest nic, na niczym mi nie zależy Tylko drzwi do mego serca otwieram dla Ciebie na ościeży Ale ty nie chcesz go do swojego przyjąć A ja wspomnienia z pamięci wyjąć Mówisz, iż jesteśmy jak ogień i woda, ale czy to szkodzi? Wiem, że to zwierzenie niczym dobrym nie obrodzi Powinienem zapomnieć, ale zapomnieć nie potrafię Marzenie nęci swymi kolorami jak w koralowej rafie Nie potrafię już żyć, bo po co mam Co to za życie, gdy w pustce uwięziony trwam Nie chcę być romantykiem, chcę żyć normalnie w parze Ale się nie zgadzasz, więc smutną melodię gram na gitarze Nie chcę już żyć tak jak teraz Nie chcę już żyć! Ogród Eden
Strach, który czuję, przenika moje kościNie doznaję od nikogo troskliwości Bardzo dobrze, wcale jej nie pragnę, wręcz przeciwnie Dam sobie radę, chcę poświęcić się innym Proszę, nie mów, iż brzmi to dziwnie Bo gdy dochodzi do konfrontacji Strach znika ustępując konsternacji Lecz potem powraca by sparaliżować mowę Czuję na ustach wszystkich obmowę Przemową jej spowodowaną Egzystencja staje się jedną wielką raną Chociaż mogłaby by się nazywać Eden ----------------------------------------------- Mogłaby... Dwa ziarna
Były dwa ziarna z różnej roślinyJeden róży, drugi chwasta Oddzielały je różnice wysokie jak Apeniny I z każdym dniem odmienność ich narasta Z ziarna pierwszego róża wyrosła Najpiękniejsza róża na świecie W uroku swym ma Anioła posła Więc nie zniszczą jej żadne zamiecie Z drugiego ziarna wyrósł chwast Najbrzydszy na świecie, przez to odrzucony Jest pariasem bez przynależności do kast Jego duszę rozerwały staloszpone wrony Ta historia drugie dno posiada O którym wiesz doskonale Różą jesteś ty, Złotowłosa, która nad chwastem włada Którym jestem ja, lecz się już nawet z przyzwyczajenia nie żale Być twym sługą jest mi miłe I choć wiem, że chwasty niszczą róże Jednak bez trwogi wezmę piłę I utnę mój korzeń, bo życiem Ci służę... Ostatni wiersz
Leżę na podłodze mojego pokojuZa oknem świeci słońce i bryza wieje W umyśle kłębią mi się zniszczenia po rozboju Za oknem rozpoczynają się szczęśliwe dzieje W moim pokoju nawet sufit się skrzywił Za oknem znowu błysnęły promienie słońca Nie wiem kto trucizną poezji mnie żywił Światło to dla mnie nie jest już obrońca Poeci, coście ze mną zrobili Byłem prostakiem, chamem, ale byłem szczęśliwy A teraz żeście mnie zabili Bo czytając was stałem się tkliwy Peja, uwierzyłem w twoje słowa Że: "zdobędę serce pięknej kobiety, jeszcze wszystko się odmieni" Owszem znalazłem ją i jest to królowa Ale ona mnie nie chce i zrzuca w przepaść cieni Uwierzyłem 2Pacowi, że mam być żołnierzem Więc walczę, lecz ponoszę tylko klęski Jedynie ból kryje się za z poezją przymierzem Może jestem słaby i za mało męski by wygrywać Wygrywam melodie na gitarze Jedynie w smutnej, molowej tonacji Spoglądam z nadzieją w ludzkie twarze Lecz nikt nie chce dać mi przewodnika narracji Mam tyle pomysłów na życie Ale bez Złotowłosej one giną Bo są z nią powiązane należycie Przed mieczem kata głowy za chwilę skiną By uciec od rozpaczy Gdy tylko mam czas ćwiczę Capoeire Wtedy na chwilę zapominam co smutek znaczy Ale potem wpadam znowu w cierpienia sferę Już nie mam po co żyć, a tak bardzo chciałbym Złotowłosej szeptać wiersze do ucha Przecież dla niej wszystko oddałbym Ale ona mego płaczu nie słucha Nie potrafię się pogodzić, wciąż mam nadzieję Bo Magik mówił: "Nawet jeśli wszyscy już w Ciebie zwątpili, pokaż że się mylili" Miał rację ale mnie to nie pomaga więc w sercu mam zawieję Nie chcę być poetą, chcę od Złotowłosej odwzajemności Tylko jak uciec z tego świata liryki To jest moje marzenie pozbawione wyniosłości I tak samo jak Edmund Jan Osmańczyk ostatni swój wiersz w życiu napisałem pomimo krytyki. Miłość na którą nie zasługuję
Myślę, że jestem twardyAle to ułuda tylko moja Gdy widzę Złotowłosą to przestaję być hardy Zardzewiałą staje się obojętności zbroja Kiedy jej nie widzę to czuję niepokój A gdy przychodzi me serce bije niespokojnie Proszę Cię, do łez mnie nie prowokuj Dla mężczyzny płakanie brzmi nieprzystojnie Mam być twardy byś mnie pokochała Ale serce nie słucha, lecz krwawi To jest prawda moja cała Ból za Miłością mnie trawi Nie zasługuję na Ciebie, Złotowłosa Ale tak bym chciał być z tobą Czym przy tobie jest moja dusza bosa Potrafię tylko płakać dobą za dobą Jestem beznadziejny, nie mam odwagi Bym pokazał me uczucia Traktujesz mnie więc jako rodzaj plagi Która nie zaprzestaje Duszy trucia Jestem zmuszony w rozpaczy mej lawirować Naprawdę jednak czuję Miłość, którą Tobie chciałbym podarować Ale wiem, że na odwzajemnienie nie zasługuję... Ścinam włosy
Zapuszczałem moje włosy by mieć siłę SamsonaJuż trzy lata ich nie ścinałem Spadały mi na ramiona Jak o nic innego o nie dbałem Wtedy ty się pojawiłaś, Złotowłosa Twoje włosy lśnią jak zboże Delikatnie falująca na powietrzu rosa Moje przy nich wyglądały jak błoto w ugorze Wiec ścinam moje włosy i Samsonem już nie jestem Bo liczę na to, że bez nich może Ci się spodobam Będąc pyłem pod leśnym agrestem Czy na godnego Ciebie się wychowam? Jak Spartakus podjąłem decyzje zaradne Jeśli się zgodzisz to będę całował twoje złote włosy A jeśli nie, to już nie będą mi potrzebne żadne Tak ścinam moje włosy i nie odróżniam łez od rosy... Wegetacja
Nie mogę zapomnieć, choć wszystko się skończyłochoć teraz nadszedł czas na od nowa życie Ale świat jest okrągłą bryłą Przez obrót rozpacz góruje na szczycie Nauczyła mnie przez te lata jednego że, marzenia się nie spełniają Więc nie warto mieć żadnego One tylko pustkę głupcom wypełniają głupcom takim jak ja... Głupcom takim jak ja coś musi nadawać bieg żeby mogli żyć, bo inaczej by wyginęli Tak ciągnie przez lata się ten ścieg Świeci im gwiazda aby nie zasnęli Ja straciłem swój sens, ale mi zasnąć zabroniono Bo byłbym wtedy mordercą niewinnej Więc muszę ciężar brać na ramiono Bym w mej śmierci nie widział winnej --------------------------------------------------------- A gdybym tak skończył ze sobą? Ta myśl zaczepia mnie pokusą Mogłaby być jakąś porażki osłodą Dziwne cienie podszeptują ją mym uszom Szczególnie, iż jedyna rzecz która pozwalała mi zapomnieć Poprzez rywalizację zmieniała moich myśli tory Stanowiła zastępczy cel życia by oprzytomnieć To była Capoeira, ale teraz zwalono mi ten rodzaj podpory Ojciec krzyczy, że to mi niszczy palce i nie będę mógł być gitarzystą a także kolana degenerują się w walce Skończę jako kaleka jest kwestią oczywistą Ale on mnie nie rozumie Nie zdaje sobie sprawy iż, to jedyna siła jaka ożywić mnie umie Wydaje mu się, że drażnię go dla zabawy To nie jego wina On chce jak najlepiej dla swojego syna Lecz na nic w takim razie poszła mojej krwi, potu, i łez mieszanina... Trzy lata treningów przekreśliła ta przyczyna Nie mam celu w życiu tym sposobem Lecz muszę żyć nieubłaganie Nie tak łatwo trwać nad grobem Los wyznaczył mi takie zadanie Bo gdybym odszedł, to wszyscy by się dowiedzieli A wtedy ONA by z rozpaczy cierpiała Już by nie założyła nic prócz czerni, żadnej bieli Czy chcę rzucić na nią takie działa? Nie! Nie będę nigdy Werterem Który przez swoją śmierć zniszczył życie Lottcie On kochał siebie, był zerem Już wolałbym zamiast wody żywić się o occie Więc muszę trwać, czy tego chcę czy nie Tylko coraz większa napada mnie stagnacja Stałem się starcem przedwcześnie A przede mną tylko wegetacja... Miłość
Dla Kasi i jej chłopakaSłońce świeci blaskiem w twoich złotych włosach Świeci światłem własnym, a nie odbitym Rodzi nowe życie w zboża kłosach Jak przyjemnie być ich promieniami upitym Dziś jest ciepło i nie ma chmur na nieboskłonie Lecz nawet podczas burzy ty pozostajesz pięknością Bez wahania pragnie się pocałować twoje dłonie Prawdziwą, najpiękniejszą kobietę na świecie obdarzyć Miłością On darzy Ciebie Miłością i ty jego Bo kocha Cię i ty jego nawzajem i nie liczy się na świecie już nic innego Szary dzień stał się w końcu rajem Masz jego i on ma Ciebie Może teraz całować twoje włosy i twoje usteczka To jakby sięgnąć po gwiazdę wiszącą na niebie Twoje oczy i twój głos jako przed snem kołysaneczka Nadeszła wiosna i wszystko znów zmartwychwstaje Słońce opuszcza swe w chmurach czarnych schronienie którym zresztą biały kolor zaraz nadaje Chłód i mroki zimy znikają w oka mgnienie Aureola blasku góruje nad światem Ptaki śpiewają, zwierzęta budzą się ze snu Ludzie z zachwytem patrzą na cuda skrzydlate Uśmiechy powiewają jak wielka chusta z lnu Strumyk płynie, choć niedawno był zamarznięty Wrogowie ofiarują sobie przebaczenia Radosny znak wiosny i Miłości jest święty i ty wiesz dobrze jak wielkiego jest znaczenia A gdy chmury się zbierają i chłód mrozi On Cię obejmie i otuli Miłością Przy nim nic Ci złego nie grozi Bo czuwa nad tobą z odpowiedzialnością Będzie gotów poświęcić życie by chronić i dbać o Ciebie i o nienarodzone dziecko, które widzi w twoich oczach Dla Ciebie najpiękniejsze kwiaty pragnie rwać A uśmiech twój śni mu się po nocach Nic dla niego po za tobą się nie liczy Odczuwa wspólne bicie i wspólny ból serca Dla Ciebie swój charakter ciężko ćwiczy Każdy twój pocałunek to dla niego miłosierca Czujecie tak samo bo macie jednego ducha Wasze łzy i śmiechy, smutki i radości są nierozdzielne Jedno nic innego prócz tego drugiego nie słucha Razem będziecie spędzać wieczory i spacery niedzielne On zrobi dla Ciebie wszystko bo Cię miłuje a ty jego i to jest prawdziwa wierność i życzę wam, aby wasza Miłość osiągnęła nieśmiertelność a sam... odsuwam się w cień, ale proszę, niech nikt nie żałuje... *
BólTo pierwsze słowo jakie przychodzi mi do głowy --------------------------- Ból Odczuwam go strasznie, choć nieregularnie Raz go nie ma i wtedy czuję się na duszy zdrowy Lecz gdy uderza to robi to idealnie Niszczy trzeźwy tok myślenia, pobudza wyobraźnie Nie zabija nadziei, wręcz przeciwnie, on ją podtrzymuje Szydzi ze mnie, mówi: "ty błaźnie" Łatwowierność mą ślepą wyzyskuje -------------------------- Nadzieja sprawia mi ból, nadzieja mnie rani Bo gdybym ją utracił to uznałbym wszystko za skończone Ale ona popycha mnie naiwnego w głąb otchłani Jej role zostały przez los odwrócone -------------------------- Nie wytrzymałem i próbowałem podciąć sobie żyły Lecz nie potrafiłem, skończyło się na paru sznytach Czy lęki przed śmiercią mnie wystraszyły? Raczej nie, prawda bardziej jest ukryta ------------------------- Próbowałem dzisiaj skoczyć z wieżowca Lecz nie potrafiłem, wybrałem znowu wegetację Czy przepaść uczyniła mnie tchórzliwym jak owca? Raczej nie, po prostu nadzieja zawsze ma rację ------------------------- Ja do końca zawsze mam nadzieję i to jest moje przekleństwo To takie nasze fatalne małżeństwo Lecz bez niej gdzież ja się podzieję? ------------------------- Nadzieja gasi ogień stanowczości desperata Ale to nie koniec, nie czas na odetchnienie Gdyż czyni to dla swego brata Ból na zranienie mnie ma nadzieję ------------------------- Gdybym zwątpił i stracił ostatnie ziarnko nadziei To mógłbym żyć, chociaż ze złamaną szablą honoru A tak męczę się w przepięknych marzeń zawiei Chroniących od śmierci ciało, uśmiercających bólem serce Dlatego jestem starcem, o duszy czarnego koloru i zgadzam się posłusznie by raniły mnie bólu żerce ---------------------------- Ból To właśnie słowo przychodzi mi jedynie do głowy... Śmierć silniejsza niż miłość
1Śmierć jest silniejsza od miłości A nadzieja to synonim obłudy Ubarwiona frazesami pełnymi wzniosłości Kamuflującymi jej wszelkie brudy Miłość? Co to za pojęcie? Naukowe? Z dziedziny chemii, fizyki czy biologii? A może dla matematyków zajęcie? To tylko podanie z mitologii Jestem przekonany, że nie ma miłości A nawet jeśli kiedykolwiek była to umarła Są tylko brudnego świata potworności To ta kłamliwa nadzieja mnie całego rozdarła 2 Bo gdyby miłość istniała, to czy byłoby cierpienie? Czy istniałaby w kimś samotność? Życie to miłości całkowita odwrotność Lecz oczy otworzyło dopiero mi zwątpienie 3 Śmierć istnieje ciągle niezniszczalna Właśnie zabiła moje serce i uczucia To ta sama wyspa skalna Na której doszło do Prometeusza w kajdany skucia Jestem żywym trupem, ciałem odłączonym od duszy a w zasadzie jej pozbawionym, gdyż się rozpadła Nadzieja dobrze mój słaby punkt odgadła Zsyła ból zakryty maską melodii wiary na uszy Jestem cieniem człowieka którym byłem Jego bratem, lecz absolutnym zaprzeczeniem Straciłem wspomnienia, obrócono je w pył Raduje się obłuda tym bez pamięci stworzeniem Moje ciało żyje, ale umysł i dusza umarły Czyli dwie trzecie, wynik: dwa do jednego dla niewiasty z kosą Wzniosłe idee to tak naprawdę kłamliwe karły Zwątpienie i płacz bełkotają pytanie niebiosom ----------------------------------------------------------- Pytanie wciąż bez odpowiedzi... |
Reklama
|