© Copyright poezja.eu 2006   poezja[at]poezja.eu  Nasze banery  Redakcja
Georges Seurat, Niedzielne popołudnie na Grande-Jatte
Na skróty
Tadeusz BorowskiTadeusz Borowski - ur. 12 XI 1922 w Żytomierzu, zm. 3 VII 1951 w Warszawie, prozaik, poeta i publicysta. Autor katastroficznego poematu Gdziekolwiek ziemia..., tomiku wierszy Imiona nurtu, zbiorów opowiadań Pożegnanie z Marią, Kamienny świat. więcej »
Czym się kończą sny
Czym się kończą sny?

Rozczarowaniem, bo karmią tylko goryczą

Gdyż miałem nadzieję, która mnie oczerniała

Marzenie? To więzienie z lodowatą pryczą

To róża, która przecież nigdy mnie nie chciała

-----------------

Po co piszę wiersze? Co to za ciuciubabka

Na co ona jest? Ja nie czuję się poetą...

Ja pisałem dla niej i... jestem odrzucony
w podziemnym labiryncie, kuzyn czarnym kretom

O to co spada w zamian na moje ramiony:

Śmierć, ból, odrzucenie

Za to, że miałem sen
                          że miałem sen o pięknej dziewczynie...

O to czym się kończą sny...

---------------------------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------------------------

Nie chcę już żyć!
Śmierć
1

Śmierć mogłaby być w mojej sytuacji ukojeniem
Zaczynam zwierzenie takim wystąpieniem
Gdyż wszelkie moje drogi się załamały
Skończone na wieki są nierozpoczęte karnawały
Umarło we mnie to co rządziło przeszłością
Pustka zastąpiła je chwaląc się swą dojrzałością
Krajobraz marzeń został nią wybielony
Pustko, zrzucasz na mnie bólu dwie tony
Powinienem rozpocząć życie od nowa
Ale rezygnacji zapadła na mnie osnowa
Po co kolejny raz stawać mam do boju
Kiedy i tak zmiecie mnie wróg z siłą oboju?
Podboju nie dokonam skutecznie
Wszelkie próby podejmuję zbytecznie
Śmierć to sen, tylko trwa wiecznie
Niczego się nie boję, to nie będzie niebezpiecznie
Ona da mi pocałunek, którego wcześniej nigdy nie zaznałem
Przyjmie mnie z pistoletu strzałem
Położę się z nią i się obejmiemy
Na inne rozwiązanie uczyniono mnie niemym

2

Rzeczywistość moje marzenia bezustannie bezcześci
Tylko śmierć uwolni mnie od boleści
Nie boję się, bo nie mogę nic stracić
Już i tak nie zdołam duszy swej wzbogacić
Wszystko, czego się podjąłem - umarło
Zamieniło w dla hien i sępów żarło
Moje teksty nigdy nie wyjdą po za szufladę
Zebrałem swoje myśli na naradę
Wynalazły idealne dla mnie rozwiązanie
Głośniejsze jest niż życia błaganie
Szepczą mi do ucha jednogłośnie: " Śmierć!"


3

Pozostaje mi umrzeć albo trwać w goryczy
W tym stanie jestem uwięziony jak na smyczy
Duszę się, oddechu zaczerpnąć nie mogę
Urwano mi drzewa przyszłości odnogę

-------------------------------------------------

nie płaczcie za mną jak pójdę do piekła
żarty robi sobie ze mnie rzeczywistość zaciekła
nie wiem czy posiadam prawidłowe odczucia
ale aby przeżyć takie mam przeczucia
muszę zbudować mur między mną a światem
gdyż widok na niego jest fałszywym numizmatem
rani mnie to, ale ni nie poradzę
mur powstanie między nami...
                                            ... chyba, iż śmierć przeważy nad życiem na Anubisa wadze...
Płomyk
Byłem odrzucony i życzyłem sobie zakończyć życie
Znalazłem się w przerażającym niebycie
Wybudowałem mur między mną a ludzkością
Każde wspomnienie stawało się przykrością
Straciłem chęci do życia
Pragnąłem zanurzyć się w trumienne poszycia
Zza mojego muru czułem się bezpiecznie
Ale nie mogłem trwać tak wiecznie
I choć ciało i umysł zdrowe, to moja dusza umierała
Jątrzyła się w niej rana rozbolała
Straciłem wzrok, bo ciemne wieko trumny mnie przykryło
To był już koniec...
                              ... gdy coś nagle zaiskrzyło
To płomień nadziei który mi zostawiłaś
Świeczka, którą mnie od rozpaczy wybawiłaś
Teraz zabłądzić już nie mogę
Bo płomyk nie zagaśnie i oświetla mi drogę
I choć rozstać się musimy
To nie umrę już od chłodu tej zimy
Wrócę z czasem do szarego życia codziennego
Lecz nigdy nie wyrzucę płomyka z pamięci
                                   jak dnia sennego
Twoja dobroć będzie pięknym wspomnieniem
Dla mnie, który przy Aniele jestem cieniem.
Nie chcę już żyć...
Tyle się staram, lecz wszystko idzie na marne
W głowie pozostają mi już tylko myśli czarne
Nie mogę widzieć radości, bo jej nie zaznaję
Los wyprowadza mnie na wytrzymałości skraje
Moje marzenie nigdy się nie spełni
Pozostaje mi tylko samotność w księżyca pełni
Ale ja już tak dłużej żyć nie mogę
Inaczej wyobrażałem sobie przez życie drogę
Dlaczego to jednak mnie pustka dotyka?
A to co piękne gdzieś obok przemyka?
Ucieka ode mnie jakbym był potworem
Samego zła i okropieństwa wytworem
Nigdy nie uda mi się zatrzymać tego co piękne
Z każdym dniem wykrwawiam się i bardziej mięknę
Nie potrafię już żyć
Nie mam gdzie się skryć
Wszystko czego się podjąłem by wzbudzić jej uznanie
Poszło w niebyt przy tym bałaganie
Nie potrafię już się uczyć, pływać, ćwiczyć Capoeire
Pisać, żyć, to odeszło w niebytu sferę
Starałem się i co z tego wyszło
Dlaczego to mnie tak żyć przyszło?
Chciałem być silny, a dla niej jestem świrem
Nikt po mnie nie okryje się kirem
Tak już dłużej żyć nie można, nie mogę tego kryć
Ja nie chcę już dłużej żyć!

... bo jeśli tak ma wyglądać moje życie...
... to nie chcę już żyć!
Niech pokryje mnie ziemia i trawy poszycie
Bo po co mam ciągnąć dalej moje koszmary
To co mnie spotyka, za jakie kary?
Nie znam jej, bo poznać nie miałem śmiałości
Ale czy to odbiera coś z moich uczuć prawdziwości?
Dlaczego to ja muszę być Werterem
Gustawem
Kordianem
Wokulskim
i Bóg wie kim jeszcze?
Dlaczego to ja wewnątrz duszy wrzeszczę?
Czy nie mogę być normalny tak jak inni ludzie?
Czy zawsze będę musiał żyć w ułudzie?
Bo jeśli tak ma być, to nie chcę już żyć!
Jestem ponurakiem, ale z czego mam się cieszyć?
Czy mam się całkowicie ośmieszyć?
Przecież... mogę się zmienić, gdzieś jeszcze żyje moja iskierka
Wiem, że jestem brzydki, a twarz moja jak ścierka
Mógłbym tańczyć, śmiać się i balować
Gdybym mógł tę samotność w niebyt schować
Staram się, nie jestem chyba złym człowiekiem
Przeżywam wszystko z ogromnym w sercu wypiekiem
Moja nadzieja się załamała, samo pasmo niepowodzeń
Nie mam już sił do kolejnych ducha odrodzeń
Bo po co to wszystko, jeżeli tak ma być zawsze?
Co to za życie, wolałbym lepsze i ciekawsze
Nie chcę już tak dłużej żyć
Nie chcę już żyć!


Błądziłem w ciemności, gdy twój płomyk oświetlił mi drogę
Ale teraz znowu rzucają na mnie trwogę
Mówią, że ten prezent nie od Ciebie, ale jaw to nigdy nie uwierzę
Zawsze gdy na niego patrzę, to wszystkie bóle w duszy uśmierzę
To największy dar jakikolwiek dostałem
Na zawsze w swoim sercu wspomnienie zatrzymałem
Gdybyś wiedziała ile radości i szczęścia mi to sprawiło
Chyba nikomu na świecie się nie śniło
Mała rzecz, a dla mnie cenniejsza nad życie
Bo czym jest życie w czarnym kolorycie?
Nie chcę zadręczać ludźmi moimi problemami
Dlatego piszę teksty, choć nie są one poemami
Nie potrzebuję już nauki, na co ona mi posłuży
Ja jestem ciągle w po dolinie rozpaczy podróży
Co mi z tego, że będę studiował i będę poważany
Na co mi to wszystko, czy uleczy to moje rany?
To wszystko jest nic, na niczym mi nie zależy
Tylko drzwi do mego serca otwieram dla Ciebie na ościeży
Ale ty nie chcesz go do swojego przyjąć
A ja wspomnienia z pamięci wyjąć
Mówisz, iż jesteśmy jak ogień i woda, ale czy to szkodzi?
Wiem, że to zwierzenie niczym dobrym nie obrodzi
Powinienem zapomnieć, ale zapomnieć nie potrafię
Marzenie nęci swymi kolorami jak w koralowej rafie
Nie potrafię już żyć, bo po co mam
Co to za życie, gdy w pustce uwięziony trwam
Nie chcę być romantykiem, chcę żyć normalnie w parze
Ale się nie zgadzasz, więc smutną melodię gram na gitarze
Nie chcę już żyć tak jak teraz
Nie chcę już żyć!
Ogród Eden
Strach, który czuję, przenika moje kości
Nie doznaję od nikogo troskliwości
Bardzo dobrze, wcale jej nie pragnę, wręcz przeciwnie
Dam sobie radę, chcę poświęcić się innym
           Proszę, nie mów, iż brzmi to dziwnie
Bo gdy dochodzi do konfrontacji
Strach znika ustępując konsternacji
Lecz potem powraca by sparaliżować mowę
Czuję na ustach wszystkich obmowę
Przemową jej spowodowaną
Egzystencja staje się jedną wielką raną
Chociaż mogłaby by się nazywać Eden

-----------------------------------------------

Mogłaby...
Dwa ziarna
Były dwa ziarna z różnej rośliny
Jeden róży, drugi chwasta
Oddzielały je różnice wysokie jak Apeniny
I z każdym dniem odmienność ich narasta

Z ziarna pierwszego róża wyrosła
Najpiękniejsza róża na świecie
W uroku swym ma Anioła posła
Więc nie zniszczą jej żadne zamiecie

Z drugiego ziarna wyrósł chwast
Najbrzydszy na świecie, przez to odrzucony
Jest pariasem bez przynależności do kast
Jego duszę rozerwały staloszpone wrony

Ta historia drugie dno posiada
O którym wiesz doskonale
Różą jesteś ty, Złotowłosa, która nad chwastem włada
Którym jestem ja, lecz się już nawet z przyzwyczajenia nie żale

Być twym sługą jest mi miłe
I choć wiem, że chwasty niszczą róże
Jednak bez trwogi wezmę piłę
I utnę mój korzeń, bo życiem Ci służę...
Ostatni wiersz
Leżę na podłodze mojego pokoju
Za oknem świeci słońce i bryza wieje
W umyśle kłębią mi się zniszczenia po rozboju
Za oknem rozpoczynają się szczęśliwe dzieje

W moim pokoju nawet sufit się skrzywił
Za oknem znowu błysnęły promienie słońca
Nie wiem kto trucizną poezji mnie żywił
Światło to dla mnie nie jest już obrońca

Poeci, coście ze mną zrobili
Byłem prostakiem, chamem, ale byłem szczęśliwy
A teraz żeście mnie zabili
Bo czytając was stałem się tkliwy

Peja, uwierzyłem w twoje słowa
Że: "zdobędę serce pięknej kobiety, jeszcze wszystko się odmieni"
Owszem znalazłem ją i jest to królowa
Ale ona mnie nie chce i zrzuca w przepaść cieni

Uwierzyłem 2Pacowi, że mam być żołnierzem
Więc walczę, lecz ponoszę tylko klęski
Jedynie ból kryje się za z poezją przymierzem
Może jestem słaby i za mało męski
                              by wygrywać

Wygrywam melodie na gitarze
Jedynie w smutnej, molowej tonacji
Spoglądam z nadzieją w ludzkie twarze
Lecz nikt nie chce dać mi przewodnika narracji

Mam tyle pomysłów na życie
Ale bez Złotowłosej one giną
Bo są z nią powiązane należycie
Przed mieczem kata głowy za chwilę skiną

By uciec od rozpaczy
Gdy tylko mam czas ćwiczę Capoeire
Wtedy na chwilę zapominam co smutek znaczy
Ale potem wpadam znowu w cierpienia sferę

Już nie mam po co żyć, a tak bardzo chciałbym
Złotowłosej szeptać wiersze do ucha
Przecież dla niej wszystko oddałbym
Ale ona mego płaczu nie słucha

Nie potrafię się pogodzić, wciąż mam nadzieję
Bo Magik mówił: "Nawet jeśli wszyscy już w Ciebie
zwątpili, pokaż że się mylili"
Miał rację ale mnie to nie pomaga więc w sercu mam zawieję

Nie chcę być poetą, chcę od Złotowłosej odwzajemności
Tylko jak uciec z tego świata liryki
To jest moje marzenie pozbawione wyniosłości
I tak samo jak Edmund Jan Osmańczyk ostatni swój wiersz w życiu napisałem pomimo krytyki.
Miłość na którą nie zasługuję
Myślę, że jestem twardy
Ale to ułuda tylko moja
Gdy widzę Złotowłosą to przestaję być hardy
Zardzewiałą staje się obojętności zbroja

Kiedy jej nie widzę to czuję niepokój
A gdy przychodzi me serce bije niespokojnie
Proszę Cię, do łez mnie nie prowokuj
Dla mężczyzny płakanie brzmi nieprzystojnie

Mam być twardy byś mnie pokochała
Ale serce nie słucha, lecz krwawi
To jest prawda moja cała
Ból za Miłością mnie trawi

Nie zasługuję na Ciebie, Złotowłosa
Ale tak bym chciał być z tobą
Czym przy tobie jest moja dusza bosa
Potrafię tylko płakać dobą za dobą

Jestem beznadziejny, nie mam odwagi
Bym pokazał me uczucia
Traktujesz mnie więc jako rodzaj plagi
Która nie zaprzestaje Duszy trucia

Jestem zmuszony w rozpaczy mej lawirować
Naprawdę jednak czuję
Miłość, którą Tobie chciałbym podarować
Ale wiem, że na odwzajemnienie nie zasługuję...
Ścinam włosy
Zapuszczałem moje włosy by mieć siłę Samsona
Już trzy lata ich nie ścinałem
Spadały mi na ramiona
Jak o nic innego o nie dbałem

Wtedy ty się pojawiłaś, Złotowłosa
Twoje włosy lśnią jak zboże
Delikatnie falująca na powietrzu rosa
Moje przy nich wyglądały jak błoto w ugorze

Wiec ścinam moje włosy i Samsonem już nie jestem
Bo liczę na to, że bez nich może Ci się spodobam
Będąc pyłem pod leśnym agrestem
Czy na godnego Ciebie się wychowam?

Jak Spartakus podjąłem decyzje zaradne
Jeśli się zgodzisz to będę całował twoje złote włosy
A jeśli nie, to już nie będą mi potrzebne żadne

Tak ścinam moje włosy i nie odróżniam łez od rosy...
Wegetacja
Nie mogę zapomnieć, choć wszystko się skończyło
choć teraz nadszedł czas na od nowa życie
Ale świat jest okrągłą bryłą
Przez obrót rozpacz góruje na szczycie

Nauczyła mnie przez te lata jednego
że, marzenia się nie spełniają
Więc nie warto mieć żadnego
One tylko pustkę głupcom wypełniają
                                  głupcom takim jak ja...

Głupcom takim jak ja coś musi nadawać bieg
żeby mogli żyć, bo inaczej by wyginęli
Tak ciągnie przez lata się ten ścieg
Świeci im gwiazda aby nie zasnęli

Ja straciłem swój sens, ale mi zasnąć zabroniono
Bo byłbym wtedy mordercą niewinnej
Więc muszę ciężar brać na ramiono
Bym w mej śmierci nie widział winnej

---------------------------------------------------------

A gdybym tak skończył ze sobą?
Ta myśl zaczepia mnie pokusą
Mogłaby być jakąś porażki osłodą
Dziwne cienie podszeptują ją mym uszom

Szczególnie, iż jedyna rzecz która pozwalała mi zapomnieć
Poprzez rywalizację zmieniała moich myśli tory
Stanowiła zastępczy cel życia by oprzytomnieć
To była Capoeira,
                                  ale teraz zwalono mi ten rodzaj podpory

Ojciec krzyczy, że to mi niszczy palce
i nie będę mógł być gitarzystą
a także kolana degenerują się w walce
Skończę jako kaleka jest kwestią oczywistą

Ale on mnie nie rozumie
Nie zdaje sobie sprawy
iż, to jedyna siła jaka ożywić mnie umie
Wydaje mu się, że drażnię go dla zabawy

To nie jego wina
On chce jak najlepiej dla swojego syna
Lecz na nic w takim razie poszła mojej krwi,
potu,
i łez mieszanina...
Trzy lata treningów przekreśliła ta przyczyna

Nie mam celu w życiu tym sposobem
Lecz muszę żyć nieubłaganie
Nie tak łatwo trwać nad grobem
Los wyznaczył mi takie zadanie

Bo gdybym odszedł, to wszyscy by się dowiedzieli
A wtedy ONA by z rozpaczy cierpiała
Już by nie założyła nic prócz czerni, żadnej bieli
Czy chcę rzucić na nią takie działa?

Nie!
Nie będę nigdy Werterem
Który przez swoją śmierć zniszczył życie Lottcie
On kochał siebie, był zerem
Już wolałbym zamiast wody żywić się o occie

Więc muszę trwać, czy tego chcę czy nie
Tylko coraz większa napada mnie stagnacja
Stałem się starcem przedwcześnie
A przede mną tylko wegetacja...
Miłość
           Dla Kasi i jej chłopaka


Słońce świeci blaskiem w twoich złotych włosach
Świeci światłem własnym, a nie odbitym
Rodzi nowe życie w zboża kłosach
Jak przyjemnie być ich promieniami upitym

Dziś jest ciepło i nie ma chmur na nieboskłonie
Lecz nawet podczas burzy ty pozostajesz pięknością
Bez wahania pragnie się pocałować twoje dłonie
Prawdziwą, najpiękniejszą kobietę na świecie obdarzyć Miłością

On darzy Ciebie Miłością i ty jego
Bo kocha Cię i ty jego nawzajem
i nie liczy się na świecie już nic innego
Szary dzień stał się w końcu rajem

Masz jego i on ma Ciebie
Może teraz całować twoje włosy i twoje usteczka
To jakby sięgnąć po gwiazdę wiszącą na niebie
Twoje oczy i twój głos jako przed snem kołysaneczka

Nadeszła wiosna i wszystko znów zmartwychwstaje
Słońce opuszcza swe w chmurach czarnych schronienie
którym zresztą biały kolor zaraz nadaje
Chłód i mroki zimy znikają w oka mgnienie

Aureola blasku góruje nad światem
Ptaki śpiewają, zwierzęta budzą się ze snu
Ludzie z zachwytem patrzą na cuda skrzydlate
Uśmiechy powiewają jak wielka chusta z lnu

Strumyk płynie, choć niedawno był zamarznięty
Wrogowie ofiarują sobie przebaczenia
Radosny znak wiosny i Miłości jest święty
i ty wiesz dobrze jak wielkiego jest znaczenia

A gdy chmury się zbierają i chłód mrozi
On Cię obejmie i otuli Miłością
Przy nim nic Ci złego nie grozi
Bo czuwa nad tobą z odpowiedzialnością

Będzie gotów poświęcić życie by chronić i dbać
o Ciebie i o nienarodzone dziecko, które widzi w twoich oczach
Dla Ciebie najpiękniejsze kwiaty pragnie rwać
A uśmiech twój śni mu się po nocach

Nic dla niego po za tobą się nie liczy
Odczuwa wspólne bicie i wspólny ból serca
Dla Ciebie swój charakter ciężko ćwiczy
Każdy twój pocałunek to dla niego miłosierca

Czujecie tak samo bo macie jednego ducha
Wasze łzy i śmiechy, smutki i radości są nierozdzielne
Jedno nic innego prócz tego drugiego nie słucha
Razem będziecie spędzać wieczory i spacery niedzielne

On zrobi dla Ciebie wszystko bo Cię miłuje
a ty jego i to jest prawdziwa wierność
i życzę wam, aby wasza Miłość osiągnęła nieśmiertelność
a sam... odsuwam się w cień, ale proszę, niech nikt nie żałuje...
*
Ból
To pierwsze słowo jakie przychodzi mi do głowy

---------------------------

Ból
Odczuwam go strasznie, choć nieregularnie
Raz go nie ma i wtedy czuję się na duszy zdrowy
Lecz gdy uderza to robi to idealnie
Niszczy trzeźwy tok myślenia, pobudza wyobraźnie
Nie zabija nadziei, wręcz przeciwnie, on ją podtrzymuje
Szydzi ze mnie, mówi: "ty błaźnie"
Łatwowierność mą ślepą wyzyskuje

--------------------------

Nadzieja sprawia mi ból, nadzieja mnie rani
Bo gdybym ją utracił to uznałbym wszystko za skończone
Ale ona popycha mnie naiwnego w głąb otchłani
Jej role zostały przez los odwrócone

--------------------------

Nie wytrzymałem i próbowałem podciąć sobie żyły
Lecz nie potrafiłem, skończyło się na paru sznytach
Czy lęki przed śmiercią mnie wystraszyły?
Raczej nie, prawda bardziej jest ukryta

-------------------------

Próbowałem dzisiaj skoczyć z wieżowca
Lecz nie potrafiłem, wybrałem znowu wegetację
Czy przepaść uczyniła mnie tchórzliwym jak owca?
Raczej nie, po prostu nadzieja zawsze ma rację

-------------------------

Ja do końca zawsze mam nadzieję
i to jest moje przekleństwo
To takie nasze fatalne małżeństwo
Lecz bez niej gdzież ja się podzieję?

-------------------------

Nadzieja gasi ogień stanowczości desperata
Ale to nie koniec, nie czas na odetchnienie
Gdyż czyni to dla swego brata
Ból na zranienie mnie ma nadzieję

-------------------------

Gdybym zwątpił i stracił ostatnie ziarnko nadziei
To mógłbym żyć, chociaż ze złamaną szablą honoru
A tak męczę się w przepięknych marzeń zawiei
Chroniących od śmierci ciało, uśmiercających bólem serce
Dlatego jestem starcem, o duszy czarnego koloru
i zgadzam się posłusznie by raniły mnie bólu żerce

----------------------------

Ból
To właśnie słowo przychodzi mi jedynie do głowy...
Śmierć silniejsza niż miłość
1

Śmierć jest silniejsza od miłości
A nadzieja to synonim obłudy
Ubarwiona frazesami pełnymi wzniosłości
Kamuflującymi jej wszelkie brudy

Miłość? Co to za pojęcie?
Naukowe? Z dziedziny chemii, fizyki czy biologii?
A może dla matematyków zajęcie?
To tylko podanie z mitologii

Jestem przekonany, że nie ma miłości
A nawet jeśli kiedykolwiek była to umarła
Są tylko brudnego świata potworności
To ta kłamliwa nadzieja mnie całego rozdarła

2

Bo gdyby miłość istniała, to czy byłoby cierpienie?

Czy istniałaby w kimś samotność?

Życie to miłości całkowita odwrotność

Lecz oczy otworzyło dopiero mi zwątpienie

3

Śmierć istnieje ciągle niezniszczalna
Właśnie zabiła moje serce i uczucia
To ta sama wyspa skalna
Na której doszło do Prometeusza w kajdany skucia

Jestem żywym trupem, ciałem odłączonym od duszy
a w zasadzie jej pozbawionym, gdyż się rozpadła
Nadzieja dobrze mój słaby punkt odgadła
Zsyła ból zakryty maską melodii wiary na uszy

Jestem cieniem człowieka którym byłem
Jego bratem, lecz absolutnym zaprzeczeniem
Straciłem wspomnienia, obrócono je w pył
Raduje się obłuda tym bez pamięci stworzeniem

Moje ciało żyje, ale umysł i dusza umarły
Czyli dwie trzecie, wynik: dwa do jednego dla niewiasty z kosą
Wzniosłe idee to tak naprawdę kłamliwe karły
Zwątpienie i płacz bełkotają pytanie niebiosom

-----------------------------------------------------------

Pytanie wciąż bez odpowiedzi...
Reklama
Współczesna poezja polska  |  Klasyczna poezja polska  |  Teoria i Krytyka  |  Ogród Luizy. Forum poetyckie.  |  Inne: interpoezja, katalog...
© Copyright poezja.eu 2006. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kontakt: poezja[at]poezja.eu   adsrv
ld   Psychoterapia Warszawa   Nieruchomości Konstancin   Apartamenty Warszawa   Konstancin   Psychoterapia 
stat4u