|
Salon Pomarańczowy
W Salonie Pomarańczowym prezentujemy poetów wyróżnionych przez redakcję portalu.
Salon
Pokój, w którym znajdują się wiersze nadesłane przez internautów.
Na skróty
Tadeusz Borowski - ur. 12 XI 1922 w Żytomierzu, zm. 3 VII 1951 w Warszawie, prozaik, poeta i publicysta. Autor katastroficznego poematu Gdziekolwiek ziemia..., tomiku wierszy Imiona nurtu, zbiorów opowiadań Pożegnanie z Marią, Kamienny świat. więcej »
|
List do Fiodora od Natalii Młodszej. Mandalay. Birma. Maj 1926.
Tak piszesz Fiodor jakbyś mnie znał. U mnie gęsi są dalej w łódkach. Kaczki wiążą babie lato. Sady śliwieją. Bryki nad Wisłą z plączącymi się turystami. Turniej i targ.Twoja rozlewnia w Wołkowysku jeszcze trwa. Dzieciarnia podpiera płoty gdy chodzi się Kościelną. Orkiestra woła: Fio-Dor Fio-Dor... Parostatki przewożą czekoladę na Kubę. Czasami słychać o Tobie w jakiejś gazecie. Ktoś napisał o przedostatniej podróży na Manhattan. Tu tylko prowincja. Kocie łby zamiast dywanów. Pijany organista ze świtą. W celofanach kwiaciarek srebrne łodyżki trąbek. I zapach anyżku i bajek. Tak piszesz Fiodor jakbyś pamiętał. Tamtą Natalię z pachnącym zielem. Tamten kraj. Z notatnika Natalii Młodszej do Fiodora. 1943.
W tamto lato samoloty spadły. Okręty podpłynęły do gardeł. Lampy wygięły się w Porto Rico. Łódki ślizgały się po bagnach. Mechaniczne konie na szosach. W tamto lato od łydek żab zgęstniał staw. W pobliskiej wiosce rdzawy bar zapełniał się spuchniętymi gołębiami. Malwy sztywne jak szpice namiotów na zamiejskich targach. Obok kościoła muchy odmawiały litanię. Widziałam ostatni raz Fiodora przy ogłoszeniu. A jeszcze nie tak dawno skręcaliśmy papierosa po kryjomu, tytoń podkradając proboszczowi Kawce. Pod domem pełno było główek jarzębin. Alleluja - piały koguty o świcie gdy wracaliśmy potargani. Nie myślałam, że to ostatnie takie piękne lato. Testament Claudel
Ja Camill, stara kochanka, zostawiłam odpoczywający cud Sokountala. I walc, który kusił złotem draperii. Pośladki, na których jego palec zostawił cień po odejściu. Nie pamiętam czy łopatki były spodkiem nieba. Turynia była moim kręgosłupem. Auguste profilem. Teraz dopadł mnie wiek dojrzały. Jestem w Ville - Evrard. Sama próbuję zasnąć. Clotho, to już ja. Zostawiam wszystko w onyksie i brązie. W marmurze i gipsie. W plotkarskich ustach gwiazd. Z notesu Natalii Młodszej. Strony o Matyldzie.
Twoja córka ma taki sam pieprzyk pod lewą stopą.Przy każdej kąpieli usiłuje go zmyć gumowym wielorybem. Puszcza bańki i przekuwa widelcem. Potem naciąga wiśniowe podkolanówki. Trąca palcem pachnący wanilią globus. Śmieje się do Kizette siedzącej w śliskiej od olejnych farb koszuli. Karmi naleśnikami ślimaki. W słoiku chowa starty obcas świerszcza. Lubi przestrzeń powiązaną chmurami i paskami pszenicy. Samoloty, latawce i lśniące czernią parowozy. I jeszcze statki skaczące po sztucznym akwenie wyobraźni. Układa satynowe motyle w zielniku. Przykleja guziki konfiturą. Czasami mówi o tobie kołysząc papierowym słoniem. Wiem, że pisze listy. Wiem, że codziennie się jej śnisz. Mały modlitewnik Natalii Młodszej
Proszę o miętowy paznokieć księżyca.Miniaturową karuzelę po której plącze się cynkowy cheval. O ucho, które mogłoby słyszeć kłótnię spadochronu z wiatrem, Barbera skradającego się z dziurawą półnutą, agrestu pękającą skórkę. O oko, które dałoby widzieć rzekę skręconą jak obierek, krążowniki owadów w oku, zbrodnię i karę nie dłuższą od zasłon w oknie, malowane garnki i talerze Picassa. O rozmarynowy olejek dla Ritratto di Dedie. I wiarę w bawełniane statki, które do mnie zawijają, w zielone koguty rysowane na listach, w jego pośpiech do moich ust. Z notatnika Wery: wesele
Marzyło mi się Portofino w knajpie z wełnianym księżycem pod pachą a tu Ciechanów i spiżarnia. W niej rozmówki z gałązek wersów. Lusterka połączone pajęczą nitką. Jakieś tłustawe papryki w słojach. Koślawe nóżki stołków. Kompoty z popuchniętych śliwek. W Portofino byłoby ja w Vegas. Gwiazda z obwisłym biustem. Tańce i magia. Tu śliski nietoperz nad porcelanowym sutkiem pokrywki łypie guzikiem oka. Znajoma Piernikatora na ścianie w uroczystym żabocie nad tamburynem. Muza w wypłowiałej sukience czyści żyrandol. Grajkowie przed szybkami sterczą. Dzisiaj wesele w Ciechanowie. Nie w Portofino. Retrospekcja
Podglądam skrzypiące świerszcze o 1.30. Lampion z nalepkami skrzydeł. Konstrukcje motyli na papierowych grządkach. Warszawa jak ćma przyklejona do ziemi. Niebo-ciepła nafta na globusie z wąską klamrą zagadek. Łysa głowa Bartoka błyskająca na balkonie. Dziecięce wózki na klatkach. Rowery jak meteory. Tramwaje jak zgrzytające baśnie. "Liegendes Madchen" Maxa zaczyna się przeciągać. Pijany marynarz śpiewa za szkłem. Wypchane gołębie mrugają oczami. Autobus wiezie mnie do ciebie. Widokówka z oczekiwaniem w tle
Plączę nitki papierowego latawca.Wiążę babie lato w pajęczy kordonek. Oglądam w lustrze chirurgiczny łuk brwi przedtem obrębiony pocałunkiem i obrysowany kredką półmroku. Brzęczy miedziany wazon nadziany kulkami ze szkła. Stawiam filiżankę z naszytym cytrynowym liściem kipiącą fusami. Stos stygnącej liryki leżakuje na pośladkach. Kolaże dojrzewającego w oknie anioła Rzucają skrzydłami. Pudełko niepokojów. Środa
Na zakurzonej ceracie przysiadł motyl.Pościel związana w supeł i wrzucona do worka twardnieje jak nie odciągnięta z mleka pierś. Fioletowe irysy tłoczą się w wypukłym kubku. Sama jak napięty żagiel staję się niespokojną zatoką pomiędzy jego skórą śliską od oliwki a nerwem rozciągniętym kleszczami. Zażywam tabletkę macierzyństwa. Talerz z ogryzkiem jabłka mięknie od cynamonu. Ukryte
IUkładam cię z oliwek, jak zielone puzzle na pachnącym miętą i bazylią patio. Palmy daktylowe dają cień. Zaciśnięta twoim oddechem jak winoroślą pozostaję niema przy sadzawce i dusznych mimozach. Karmię cię ciałem przy wstydliwych pelargoniach. Potem na drewnianej misie podaję lepkie od soku pomarańcze. II Na poklejonym mozaiką stoliku znajdywałeś rano tapas z kminkiem i ryżem. Smakowały niebiańsko. Tak jak gruszki zanurzone w winie z Murcji. Czasami ukryta w katedrze modliłam się o kolejną, równie ognistą noc jak fallas. Potem labiryntem szarordzawych uliczek trafiałam na targowisko szukając na wystawionych straganach masek Teraz stoję pod skręconymi kolumnami Otulona jedwabiem Patrząc jak wpada ryż do potłuczonej porcelany. |
Reklama
|