|
Salon Pomarańczowy
W Salonie Pomarańczowym prezentujemy poetów wyróżnionych przez redakcję portalu.
Salon
Pokój, w którym znajdują się wiersze nadesłane przez internautów.
Na skróty
Tadeusz Borowski - ur. 12 XI 1922 w Żytomierzu, zm. 3 VII 1951 w Warszawie, prozaik, poeta i publicysta. Autor katastroficznego poematu Gdziekolwiek ziemia..., tomiku wierszy Imiona nurtu, zbiorów opowiadań Pożegnanie z Marią, Kamienny świat. więcej »
|
Wiersz co najmniej o miłości
Kolejny stuk: litera. Otwieram pierwsze zdanie: W SERCE MNIE UWIERA CHOLERA- BOSKIE SKARANIE. To, mi-droga, jest pościg! (płacz szarpie mnie już za nogę) bo piszę WIERSZ O MIŁOŚCI na opak- inaczej nie mogę. Bo gdybym tak wziął i zaczął słowami: POSŁUCHAJ, COŚ POWIEM: ZŁE MYŚLI MNĄ TU KOŁACZĄ WIĘC KŁOCĘ SIĘ, KŁÓCĘ SIĘ Z... BOGIEM...! To przyznaj, nie dość, że granda I tak nie po mojemu z lekka to wyszedłby niezły skandal i piątka odrosła mi klepka. Więc wybacz, że cię kochając zwykle pomijam cię w wierszach BO NIE UCIEKNIE, NIE ZAJĄC (że też ty musisz być pierwsza...) Ech, i tak to Golgota i tak jak Jezus już wiszę! W cierpieniu jak w papilotach miast pisać jak kocham- tak piszę. Przyśpiewka starego Rosjanina
Ty, bądźże człowiek- rzuć dwie kopiejkirzuć, a przerwę tę szarą radziecką ciszę z rudej gitary wytłoczę dźwięki i Moskwę nadzieją do snu ukołyszę. Bądźże pan człowiek- żebrak wszak prosi daj, a Kreml wezmę na struny i głos! I z rudej gitary dla Matki Rosji wydrę swój prosty człowieczy los! Wy! Bądźcie ludzie! Spójrzcieże na mnie! To już nie Moskwa, żyć tu nie umiem Słyszcie gitarę- ona nie kłamie nim mnie przyczeszą w przydziale trumien! Claude
W bordowym foteliku siedzi panna Claude niewolnik nad nią trzyma winogron kiść ranek już maluje karmazyn na szkle -Ech...- wzdycha Claude -Chciałabym gdzieś iść!- Claude wstaje- wznosi głowę biały pies merda ogonem i patrzy na panią- Claude dosyć twardo śle nogę na gres A pies- uśmiechnięty- drepcze więc za nią. Wychodzą na chodnik i czuć, że to już I zaraz inni z psami wzrokiem nań runą Wyjmie jeszcze lustro, a za lustrem- tusz I skropi lekko szyję paryską perfumą. Słońce tylko skrawkiem wystaje zza chmur I pierwszodzienny promień ulicę jej orze, Nikt nie powiedział dziś pannie "bonjur" -Ech...- wzdycha Claude -Pójdę się położę...- Aleksandra
Niech Aleksandra nie śmieje się z tego bo, Aleksandro... tak nie wypada! Żeby zahaczać o siódme niebo i śmiać się z tego, jak spada?! Więc chcę Aleksandrze zwrócić uwagę że to pod nietakt się skradło! Bo niebo, gdy jęłaś mu skraść równowagę... Cholera, no! Na łeb mi spadło! I widzi Aleksandra, co nabroiła?! Za kołnierz, cholera, mi wpadły chmury! Ach...Jakaż się teraz m i ł a z r o b i ł a... A ja się śmieję... Jak dureń! Śmierć Jacka Karczmarskiego
Śmierć prozaiczna jest nie w smak poecie! Jednak, rad nie rad, nie mógł mieć wpływu na to, co przyniósł ze sobą kwiecień Anno Domini- 3 lata temu, gdy rak już przestał w krtani uwierać na znak, że chyba idzie u m i e r a ć. W białej pościeli, w bieli szpitala biała twarz Jacka- już pochłonięty już z tego świata wzrok się oddala już na chmur wymiar zachodzą pięty a upór śmierci tyle jest warty, ile partyjka z Wołodią- w karty. Umarł poeta na gdańskim planie (krew zbyt zgęstniała, by płynąć żyłą) lecz twarz jakby chciała odetchnąć zdaniem że, bądź co bądź, dobrze się ż y ł o I tylko martwi się kwiecień czy wydarł go Polsce, czy ją poecie. *** (Przyniosę tu sobie krzesło...)
Przyniosę tu sobie krzesłoi siądę. Poczekam raz jeszcze. Bo widzisz- mi jeszcze nie przeszło i kocham. Tak samo jak wcześniej. Wiem- nie musisz powtarzać (nie w cztery oczy, lecz sobie) tak już czasami się zdarza że Bóg wie co dzieje się w głowie. Więc czekam. Słucham marszruty zegara, choć znam ją na pamięć. Już pajęczyna zajęła mi buty... a ja- wciąż czekam. Na amen. Bo może w końcu się stanie! (czekanie z nadzieją- łaskawsze) Ot, dał Bóg głupiemu zadanie: Kochać na zabój i zawsze. |
Reklama
|